Informatyczna TV
14.04.2008, 18:05 - OsobisteDzisiejszy dzień rozpoczął się o kilka godzin za wcześnie. O ile w ogóle miał kiedy się zacząć, bo cztery godziny snu nad ranem raczej się do niego nie zaliczają. Całkiem przytomny i spokojny docieram na uczelnię, by zastać tam same niespodzianki.
- Gdzie tablica ogłoszeń? - pytam ze zdziwieniem, gdy zwyczajowy rzut oka na pomazane markerami kartki z Bardzo Ważnymi Wiadomościami™ trafia na ogromne kolorowe brystole z informacjami o różnych krajach, których typografia (brystoli, nie krajów) woła o pomstę do nieba. Dobrze znana sympatyczna pani siedząca w dyżurce odpowiada mi odkrywczo, że nie ma.
Patrzę na zegarek. Wchodzę do pracowni, gdzie już za pół godziny rozpocznie się bardzo poważny przedmiot zwany potocznie, choć błędnie, informatyką. Sadowię się w wygodnie w obrotowym fotelu, wpisuję login i hasło, aż w końcu czarna skrzynka z numerem seryjnym na grzbiecie stojąca niedaleko mojej lewej nogi ładuje kojący oczy nocny widoczek z Kuala Lumpur.
Bez zastanowienia uruchamiam dwie karty w przeglądarce. W jednej Meebo, drugiej webmail. Pogrążam się w myślach na temat startupu, który parę dni temu zakiełkował w głowie mojego znajomego i który ma stanąć na nogi dzięki mojej znajomości Web 2.0 oraz kapitału startowego w postaci promocyjnej domeny.
Wszystko wskazuje na to, że zajęcia nie będą szczególnie porywające. W chwilę później przekonuję wspomnianego znajomego i wypełniam wniosek o założenie Aplikacji Google. Ze zdziwieniem odkrywam, że darmowa wersja pozwala na wpisanie dowolnej liczby kont. Mając 98 wolnych slotów w swojej prywatnej domenie czuję się pokrzywdzony.
Drzwi się otwierają, nawet nie reaguję. Wchodzi dwójka mężczyzn w swetrach, przedstawiają się jako pracownicy regionalnej telewizji i oznajmiają, że kręcą materiał o naszej uczelni. Pada kwestia o dziewczynach bez makijażu i fryzur, zaś informatyk w mgnieniu oka rozwija ogromną białą tablicę i uruchamia rzutnik multimedialny wiszący wysoko pod sufitem.
Kolejna lekcja tworzenia stron internetowych w HTML 3.0 z użyciem tabel, myślę sobie. Nie przerywam roboty, zaś problemy z rekordem poczty zmuszają mnie do połączenia się z konsultantem w Home.pl. W trakcie, gdy ja szarpię się z live chatem, który połyka co drugie zdanie pisane do pana z supportu, ekipa telewizyjna robi przejażdżkę po twarzach. Kątem oka dostrzegam kamerę, która chwyta mnie z profilu.
Na tablicy pojawia się otwarty w Notatniku gąszcz zdeprecjonowanych tagów, zaś grupa uczy się justować tekst w komórce tabeli. Od niechcenia otwieram dokument mazur.html, zawierający wypozycjonowane w tabelach teksty o Świętach Wielkiej Nocy na tle myszki Diddl. Dobrze, że pracownia jest ciasna i pan kamerzysta nie ma jak uchwycić tego, co dzieje się na moim panelu LCD.
- To wszystko, dziękujemy - panowie reporterzy zabierają sprzęt i wychodzą. Informatyk z wyraźną ulgą przerywa rozpoczęty w pół zdania wywód, wyłącza rzutnik i z głośnym hukiem zwija tablicę. Dopiero teraz dociera do mnie, że uczestniczyłem w atrapie zajęć, którą grupa nie omieszka za chwilę skomentować. Gromkim śmiechem.
Udaje mi się w końcu założyć skrzynki e-mail, ale bez rekordów SRV dla Google Talka. Tymi zajmę się w domu, żeby już nie dręczyć supportu z samego rana. Kilka magicznych zdań informatyka wyrywa mnie z półletargu.
Warunkiem zaliczenia przedmiotu jest wykonanie strony internetowej składającej się z pięciu działów, jeden zawierający menu, drugi ulubiony przepis, trzeci cośtam itd. Można korzystać z programów do tworzenia stron internetowych, ale trzeba przygotować się na to, że zostanie się zapytanym o każdy znacznik, który nie pojawił się w trakcie zajęć. Do tego linki do naszych stron mają się pojawić na uczelnianej witrynie.
Teraz albo nigdy. Wychodzę z pracowni z niecnym planem przedłożenia informatykowi estetycznej strony napisanej zgodnie ze standardami sieciowymi. Deklaracja, kodowanie w UTF-8, jeden lub dwa arkusze stylów, divy zamiast tabel. I tylko ta obowiązkowa animacja <marquee /> nie daje mi spokoju...
Jeżeli plany się powiodą i startup wypali, to będę mógł śmiało powiedzieć, że rodził się na oczach kamer telewizyjnych i będą na to dowody na YouTube. To nic, że to tylko kablówka.
Komentarze do wpisu:
- sieri
14.04.2008, 20:46
Witaj w Polsce :>
Ktos
14.04.2008, 21:00
Wyżej podpisany, mimo iż sam nie doświadczył używania Turbo Kartki w wersji Web Developer, jaka to była niezbędna na naszych egzaminach z przedmiotu o pięknej nazwie „Narzędzia internetowe” jest jednak szczęśliwy – jego uczelnia na owym przedmiocie wdrożyła studentów w CSS, JavaScript, HTML i XHTML, techniki Ajax, walidację i wiele innych rzeczy, które są dziś standardem, niestety nie w nauczaniu.
A jednak mi szkoda, że nic, co tworzyłem, nie pojawiło się w oczach kamer i światłach reflektorów ;-)
Walker
14.04.2008, 21:04
Ja rozumiem, to znaczy staram się w rozumieć, że tak wygląda nauczanie HTML w podstawówce. Ba, rozumiem, że nawet w gimnazjum. Ale do stu tysięcy beczek śledzi – na studiach?!
Lukem 14.04.2008, 21:05
Co prawda z tej uczelni wyjdę nie jako informatyk tylko nauczyciel angielskiego, ale niedosyt rzeczywiście pozostaje.
- Kazik
14.04.2008, 23:04
Ja także studiuję filologię angielską/anglistykę ale na szczęście „informatykę” mam już za sobą. Gdy na pierwszych zajęciach pytałem się czy może zajmiemy się alternatywnymi systemami ewentualnie PHP lub czymś w ten deseń to koleś spojrzał się na mnie z dziwnym wyrazem. Kazał mi zrobić jakąś prostą stronkę przez Frontpage. Na koniec powiedział, że raczej niczego ciekawego u niego na zajęciach nie uświadczę i dał zaliczenie. Nie musiałem chodzić na zajęcia :)
- haRacz
15.04.2008, 10:03
hahahahaha skad ja to znam.
Wg jakis tam badan uczelnia, do ktorej chodze jest jedna z najlepszych w kraju, a jak wyskoczyl gosciu od php to glowa mala. Zaliczenie wygladalo tak, ze dal nam gotowy skrypt i wystarczylo pozmieniac kolory kolumn i wierszy :]
Acha, jestem na informatyce :] - aasiek
17.04.2008, 16:15
moja informatyka na studiach to było zaliczenie egzaminu na samym początku studiów. a egzamin opierał się na aplikacjach ms office. z kolei jak się dowiadywałam o kierunek ‘informatyka’ to usłyszałam, że mi będzie ciężko bo … jestem dziewczyną!
a co do tych udawanych lekcji, to ja pamiętam czasy, kiedy nauczyciel dawał nam scenariusz całych zajęć, każdy wiedział co i kiedy ma mówić i generalnie taka szopka odstawiana była :P
Łukasz Wójcik