Uczelniane paranoje
3.07.2008, 23:01 - OsobisteObiecałem sobie, że nie będę za bardzo narzekał tutaj na studia. Dzisiejszy dzień ujrzy jednak wyjątek, zwłaszcza że takie praktyki, jakich doświadczyłem dzisiaj z pewnością nie należą do rzadkości. Szkoda tylko, że jeszcze do tego nie przywykłem - a pewnie wypadałoby.
Pozwólcie, że przedstawię to w postaci chronologicznego ciągu wydarzeń:
Nieokreślony dzień czerwca, weekend - oblewam egzamin z prawa urzędniczego. Wypadek przy pracy albo niefart, w każdym razie sesja poprawkowa w tym roku jednak się odbędzie.
23 czerwca, poniedziałek - cisza, spokój. Mentalnie nastawiam się na nadchodzący wielkimi krokami egzamin licencjacki. Ambientowo-chilloutową atmosferę burzy telefon koleżanki:
Ona: Cześć, słyszałeś o poprawkowym z urzędniczego?
Ja: Nie, a kiedy jest?
Ona: Dwudziestego piątego.
Ja: Lipca?
Ona: Nie. Czerwca.
Z radością przyjmuję ten fakt, zwłaszcza że termin został ustalony bez porozumienia ze studentami, w dodatku w dniu, kiedy mam egzamin licencjacki w Warszawie. W każdym razie nie ja jeden mam z tym problem.
24 czerwca, wtorek - Na uczelnianej stronie internetowej pojawia się ogłoszenie o egzaminie. Ci, którzy nie mogą się pojawić, mają przyjechać do Lublina na dyżur wykładowczyni. Brawa dla dziekanatu - nie dość że wyczerpująco, to jeszcze rychło w czas.
30 czerwca, poniedziałek - ostatni egzamin w sesji, prawo handlowe. Trudny jak nie wiem co i nie pozostawiający złudzeń co do wyniku. Wokół poprawki z urzędniczego panuje atmosfera niedoinformowania. Pada data 8 lipca, ale też niepewna - dzień obrony prac licencjackich.
2 lipca, środa - SMS od znajomej. Z poinformowanych źródeł dociera do mnie informacja, że moja ulubiona wykładowczyni ma dyżur w swojej placówce w dniu jutrzejszym, od godz. 10 do 12. Ważę za i przeciw, ale nie ma odwrotu - jadę.
3 lipca, środa, godz. 09:50 - docieramy z ekipą towarzyszy (a właściwie towarzyszek) niedoli na miejsce. Trafiliśmy. Jest dobrze. Idziemy jeszcze po drodze coś załatwić.
Ten sam dzień, godz. 09:58 - na drzwiach dostrzegamy karteczkę informującą "szanownych państwa studentów", że dyżur w dniu dzisiejszym będzie w godz. 14:30-16:00. Mała roszada w ekipie - jedna osoba stwierdza, że jedzie do domu, druga właśnie się pojawia. Czekamy. W międzyczasie dowiaduję się, że egzamin licencjacki i egzamin z prawa handlowego mam zaliczone, w co ciężko mi uwierzyć.
Jw., godz. 13:50 - docieramy z powrotem pod gabinet. W windzie pojawia się postać wykładowczyni. Wchodzi do gabinetu z małą dziewczynką. Prawdopodobnie jej córką. Czekamy.
Jw., godz. 14:02 - obie kobiety wychodzą z pokoju w nieznanym kierunku. Nadal czekamy. Próbujemy się uczyć. Robi się tłoczno. Niektórzy czekają dłużej od nas, nawet od godz. 8.
Jw., godz. 14:39 - duecik powraca, formuje się kolejka. Wykładowczyni bezceremonialnie stwierdza, że studenci wybrali świetną porę na spotkanie z nią - mogli równie dobrze przyjść podczas jej urlopu. Do gabinetu wchodzi kilka osób po wpisy w indeksie. Wchodzę i ja, żeby zrobić koleżance przysługę. Osobiście zabawię tu dłużej, tak podejrzewam...
Jw., godz. 14:40 - z powrotem stoimy za drzwiami, pouczeni w niezbyt grzeczny sposób żeby wchodzić pojedynczo i tylko za "szybkimi sprawami". Czas się zaczyna niemiłosiernie dłużyć.
Jw., godz. 14:59 - wpis załatwiony. Pytam o poprawki. W odpowiedzi słyszę, że pani najpierw musi odprowadzić dziecko do domu (które aktualnie było zajęte czytaniem książki) i zająć się swoimi seminarzystami. Dopiero ok. 17 będziemy mogli napisać jakiś test.
Jw., godz. 15:01 - kolektywnie podejmujemy decyzję o odjeździe do domu.
Jw., godzina 22:54 - zastanawiam się nad puentą wpisu, ale chyba jest to zbędne.
8 lipca, godzina nieokreślona - przewiduję, że w Puławach dowiemy się, że trzeba było przyjechać do Lublina na dyżur, toteż o wpisach i poprawkach możemy na razie zapomnieć.
Nie ma to jak być studentem prywatnej uczelni, gdzie wykładowcy odbębniają pańszczyznę, zwaną potocznie umową o dzieło.
Nazwisko i namiary na uczelnię macierzystą wykładowczyni litościwie przemilczałem. Ale tak, chodzi o Lublin.
Komentarze do wpisu:
- geekr
3.07.2008, 23:07
Czyli wychodzi na to, że mam się cieszyć z podobnych historii w liceum? Bowiem u mnie nie są one aż tak fatalne w skutkach…
Lukem 3.07.2008, 23:08
W LO nie masz indeksu, za to masz każdego jednego nauczyciela na miejscu i nie musisz za nimi jeździć cholera wie gdzie. Więc tak, ciesz się póki możesz. ;)
- iwona
3.07.2008, 23:14
oj bidulek…. :) mówiłam,że ta uczelnia jest średnia…. :)
- Keroth
4.07.2008, 1:00
A to ja ze swojej prywatnej uczelni mam wręcz przeciwne doświadczenia (WSPiZ – Koźmiński w Warszawie). Też czasem zdarzają się kwiatki, ale generalnie śmiem twierdzić, że dostęp do wykładowcy jest lepszy niż na niejednej państwowej uczelni.
Dyżury są relatywnie często, wykładowca ma obowiązek na nich być nawet jak nie ma studentów. Ogólnie nie miałem dotychczas żadnego problemu z dostępem do wykładowcy. Widać Twoja uczelnia jeszcze musi popracować nad stosunkiem wykładowców do studentów :).
anoriell 4.07.2008, 8:14
Ja bym zrozumiała jakby takie numery odbywały sie na państwowej, ale na prywatnej? To co, z czesnym zalegasz, czy jak? ;P
- lavinka
4.07.2008, 10:32
Zmartwię Cię... w państwowych jest gorzej… wykładowaca w ogóle nie przychodzi na dyżur bo pracuje w prywatnej uczelni i nie ma czasu :P
Lukem 4.07.2008, 11:06
Akurat na moją osobistą uczelnię bym tu nie narzekał, bardziej na kulturę i poszanowanie czasu przez wspomnianą panią doktor. Opisane wyżej wydarzenia miały miejsce na jednym z lubelskich uniwersytetów, gdzie wykładowczyni jest stałą rezydentką.
Chociaż na „swój” dziekanat oraz przeboje z dyplomem licencjata też mógłbym ponarzekać, ale to inna bajka.
anoriell: Czesne płacę zawsze na czas. ;)
lavinka: No to koło się zamyka. Śmieszno i straszno równocześnie.
Łukasz Wójcik