O anglojęzycznym blogowaniu

Wczorajszy beztroski (no prawie…) spokój wieczoru zburzył mi czołowy Przodownik Zmian w Polskiej Blogosferze™, czyli Klisiu. Jako że większość moich rozmów z nim zaczyna się tak samo jak filmy Hitchcocka, tak tym razem też nie było inaczej - jego najnowszy projekt, zatytułowany Outside The Firewall to zalążek nowego bloga, pisanego w całości po angielsku.

Odkładając jednak żarty na bok - pomysł ten zaskoczył mnie, ale i pobudził do myślenia. Zacząłem dumać nad polską blogosferą, która często dostaje po krzyżu porównaniami z tą “zachodnią” - głównie dlatego, że jest polska. Innymi słowy, bariera językowa sprawia, że nasz kawałek sieci na tle innych krajów jest dość hermetyczny.

Zacząłem szukać w sieci anglojęzycznych blogów prowadzonych przez nieanglojęzycznych obcokrajowców. Z góry odrzuciłem blogoidy w stylu TechCrunch czy Engadget - szukałem blogów w pierwotnym tego słowa znaczeniu, pisanych przez “normalnych” ludzi w celu podzielenia się swoimi opiniami na temat społeczeństwa, życia (czy to prywatnego czy wirtualnego), a w ostateczności poszerzyłem te kryteria o blogi techniczne. Zawiedziony stwierdzam, że albo takich blogów faktycznie nie ma zbyt wiele, albo Technorati i 9rules mają je daleko gdzieś. Albo jedno i drugie.

Nietrudno mi zgadnąć, dlaczego tak jest. Nie wszyscy potrafią posługiwać się angielskim na tyle płynnie, by pisać w nim spójne teksty, ale to tylko jeden z powodów. Moim zdaniem na przeszkodzie stoi coś jeszcze - otóż anglojęzyczna blogosfera znacznie przewyższa rozmiarami naszą rodzimą, a mimo to można ją postrzegać jako twór egzotyczny niczym misie koala w Australii - coś takiego jest, nawet gdzieś kiedyś widzieliśmy, ale właściwie nic poza tym. Co za tym idzie, trzeba się nastawić na zupełnie nowe grupy czytelników - ludzi często z odmiennych kultur - i wziąć pod uwagę, że nie wystarczy tylko tłumaczyć słów z polskiego na angielski; nie wszystko to, co dla nas Polaków jest oczywiste, będzie oczywiste także dla gościa zza Wielkiej Wody. Taka w sumie prawda - w trakcie swoich krótkich poszukiwań (patrz wyżej) znajdowałem prawie wyłącznie strony ludzi z USA i Kanady.

Ten szok kulturowy dla potencjalnego piszącego rekompensowany jest przez inne czynniki. Mianowicie dużą dostępność narzędzi wspomagających proces blogowania, jak również bogactwo źródeł traktujących o blogowaniu samym w sobie - jeszcze nie spotkałem w Polsce bloga, który ukazywałby mechanizm blogowania w tak szerokim ujęciu jak częściowo już martwy Desperate Curiosity (obecnie jedna z kategorii innego bloga, też zresztą traktującego o ogólnie rozumianym pisaniu). Okej, serwisy pokroju FeedM8 czy aplikacje wspierające np. tworzenie newsletterów (chociażby Twitter nazywa się Blip (i ma znacznie więcej funkcji), MyBlogLog ustępuje już pola Flakerowi, a MSN/AOL/dowolny inny międzynarodowy komunikator nazywa się Gadu-Gadu tylko pogłębia tendencje, o których wspomniałem wcześniej. Istnienie polskich odpowiedników wielu popularnych serwisów dodatkowo hermetyzuje polską blogosferę, tak jakby bariera językowa nie była wystarczająco wytrzymałą ścianą. Nie traktuję tego jako zarzutu, nie wszystkim bowiem musi zależeć na tak daleko posuniętej globalizacji - raczej jako obiektywny czynnik, który wraz z innymi sprawia, że praktycznie nie ma w Polsce blogów popularnych za granicą. Przytaczany już TechCrunch jest czytany i cytowany w wielu krajach, polskie blogi o pokrewnej tematyce (choć istnieją, a niektóre z nich są niezłe) - nie.

A piszę to wszystko dlatego, że w ramach Syndromu Klisia™ (objawiącym się silną potrzebą szybkich i gwałtownych zmian w swoim internetowym ego) rozważałem otwarcie zupełnie nowego, angielskiego bloga o oryginalnym tytule i na własnej domenie. Od strony językowej nie byłoby to wielkim problemem, choć wcale nie uważam się za wybitnego anglistę. Trudność tkwiłaby gdzie indziej - właśnie w tym dostosowaniu się do nowej kultury pisania, a gdyby naprawdę zależało mi na stałych czytelnikach zza granicy, to musiałbym włożyć w to trochę pracy umysłowej i czasu. Pewnie wiązałoby się to z zamknięciem innych moich miejsc w internecie, ewentualnie ich konsolidacją pod nową domeną, bowiem nie byłbym (i nie jestem) w stanie dzielić uwagi między pisanie dla Polaków, a pisanie “na eksport”. Tłumaczenie wpisów też nie wchodzi w grę - zadanie nudne i wtórne, bo po co pisać dwa razy to samo?

Cóż, nie jest mi jakoś specjalnie tęskno do “tamtej” blogosfery i nie twierdzę, że jest lepsza czy gorsza od naszej. Tkwi w niej niezbadany potencjał i możliwości, ale wcale nie namawiam nikogo do pisania po angielsku. Za to będę bacznie obserwował, jak Łukasz sobie poradzi z eksportem swoich myśli. Choćby nawet OTF miał mu służyć tylko za trening przed maturą z angielskiego, życzę mu (i jego blogowi), aby nie padł ofiarą kolejnej zmiany koncepcji.

7 Responses to “O anglojęzycznym blogowaniu”


  1. 1 Psi

    To ja się tutaj trochę polansuję w takim razie ;) Bo ja mam właśnie bloga po angielsku… czy też bardziej blodżka, bo nie piszę w sumie za dużo, a oglądalność mam praktycznie zerową…

    A dlaczego po angielsku? Bo wyszedłem z założenia, że blog po angielsku równa się więcej potencjalnych czytelników, i większe „community” którego czysto teoretycznie staję się członkiem. Jeżeli piszę po polsku dajmy na to o Ruby on Rails (taki był pierwotny plan, chociaż teraz widzę że będzie głównie o Makach), to mogę teoretycznie zainteresować wszystkich ludzi programujących w Rails w Polsce. Jeżeli piszę po angielsku, to mogę zainteresować wszystkich piszących w Rails i rozumiejących po angielsku, czyli tak z 95% piszących w Rails w ogóle. Jak łatwo policzyć, druga liczba jest o rzędy wielkości większa…

    Gdybym pisał po polsku, to czułbym chyba że piszę dla jakiejś bardzo zamkniętej grupy, dla paru ludzi na krzyż. Pisząc po angielsku, mogę się przez chwilę poczuć jakbym pisał dla tysięcy ludzi (ja mówię co czuję, nie jak jest naprawdę ;).

    A inna sprawa że pouczyć się angielskiego też nie zaszkodzi. No i mam jakieś takie wewnętrzne przekonanie czy też nadzieję, że angielski jest lub będzie czymś więcej niż tylko językiem, który zna dużo ludzi. Że za kilkadziesiąt lat pisanie bloga (czy co tam wtedy będziemy pisać) po angielsku w Polsce nie będzie czymś nienaturalnym, tylko będzie zupełnie normalne… albo jeśli nie w Polsce to przynajmniej w statystycznym europejskim kraju, bo Polska to zawsze musi być inna niż wszyscy :)

  2. 2 CoSTa

    Ale po co prowadzić na siłę bloga w nieswoim języku? Czytelników anglojęzycznych pewnie tak samo mało obchodzą moje wynurzenia o kaczorach, jak mnie ich wynurzenia o Obamie. Język nie jest jedynym powodem owej „hermetyczności”. Dzieli nas przede wszystkim kultura.

    @Psi: Brawo za lans :). Ja nie piszę po angielsku, oglądalność mam na całkiem przyzwoitym poziomie i kompletnie nie mam uczucia, że piszę dla „jakiejś bardzo zamkniętej grupy paru ludzi na krzyż”. Nie przeceniaj roli angielskiego. To jeden z wielu języków, w którym odbywa się międzynarodowa komunikacja i jak widzisz wcale nie gwarantuje to zaraz masowych odwiedzin, najazdu reklamodawców i w ogóle :). Za to argument o nauce angielskiego mocno do mnie przemawia. To jest dobry powód prowadzenia bloga po angielsku. I to chyba jedyny sensowny powód.

    Myślę, że wystarczy robić swoje w sposób dla siebie najwygodniejszy i bez oglądania się na słupki. Satysfakcja gwarantowana :)

  3. 3 Psi

    Dodam jeszcze że to co napisałem dotyczy głównie blogów technicznych – gdybym pisał bloga o kaczorach jak to piszesz, albo o tym co mi się dzisiaj śniło itp., to raczej bym nie pisał po angielsku, tym bardziej że masz rację, że pewne rzeczy nie obchodzą nikogo kto nie mieszka w Polsce. Natomiast blog techniczny to trochę inna historia… Na przykład jak jestem w pracy i szukam na Googlu rozwiązania jakiegoś problemu na który akurat trafiłem (i znajduję między innymi różne blogi), to nigdy nie szukam po polsku – bo wiem że dostanę wtedy góra 1/100 tych wyników, które bym dostał szukając po angielsku… Więc patrząc w drugą stronę – jeśli piszę po angielsku, łatwiej mnie ktoś znajdzie w ten sposób :)

  4. 4 Inez

    Ja nie jestem za pisaniem po angielsku przez Polaków, że tak to trochę „prosto” powiem. A dlaczego? A no dlatego, że, tak, jak już powiedziałeś, dla ludz zza Wielkiej Wody ważne są inne wartości niż dla Polaków. A rzeczywiście bez sensu jest tłumaczyć swoje wpisy tudzież pisać dwa, ale oba kierowane do zupełnie innych nacji. Szczerze przyznam, że takie pisanie można naawet nazwać bezproduktywnym, gdyż tak naprawdę nie rozwijasz ani w kierunku ludzi zza Wielkiej Wody, ani w kierunku „naszych” ludzi. Po co pisać po angielsku?

    Choć z drugiej strony to jeszcze wszystko zależy od tego co to za blog, prawda? No bo jeśli ktoś pisze bloga tematycznego, gdzie porusza sprawy czysto techniczne i wie, że mógłby mieć odbiór u ludzi z całego świata to dlaczego nie pisać po angielsku? Ale nigdy nie ma się tej stuprocentowej pewności… Prawda?

  5. 5 Lukem

    Trudno się z Wami nie zgodzić, choć wydaje mi się, że w moim przypadku pisanie po angielsku mogłoby być ciekawym doświadczeniem. Swojego bloga nie nazwałbym ani osobistym, ani technicznym, więc jakieś szanse na „chwycenie” tego pomysłu pewnie by się znalazły. Bądźmy jednak szczerzy – zmiana języka pociągnęłaby też pewnie zmianę domeny (bo ciekawy tytuł w domenie „.com” brzmi lepiej niż jakieś lukem.net) i postawienie WP (bo skoro jest do niego tyle anglojęzycznych zasobów, narzędzi, dodatków, których – wow! – nie muszę tłumaczyć, to dlaczego nie skorzystać?), a w razie gdybym się rozmyślił, to to wszystko poszłoby w błoto.

    Na razie zostaje tak jak jest. ;)

  6. 6 Serowa-Marzycielka

    No no, ciekawy post! I komenty też ciekawe. To se też skomentuję, a co mi tam ;)

    Warto zadać sobie pytanie: Dlaczego chcę pisać bloga, jaki mam w tym cel? By pozycjonować swój sklep, zarabiać pasywnie, czy po prostu prowadzić pamietnik? Bo ten cel zdeterminuje “opakowanie” bloga, czyli język też.

    Zdecydowałam sie prowadzic bloga po angielsku przede wszystkim dlatego, żeby codziennie mieć kontakt z tym językiem. No fakt, piszę w pracy mejle i prowadzę rozmowy po angielsku, ale tematyka tych rozmów jest czysto biznesowa = bardzo wąska. A na blogu… każdego dnia coś tam sobie poczytam u innych (po angielsku), albo napiszę posta u siebie (też po angielsku). To gwarantuje regularny kontakt z językiem i bardzo przyjemną naukę ;)

    PS: Happy New Year! ;)

  1. 1 Czas przerwać milczenie… at Lukem.net

Leave a Reply